Ryzyko ryzyka dysleksji

W ostatnim czasie natknęłam się na bardzo liczne wypowiedzi, które wskazują na pewne zbiorowe nieporozumienie. Może nie warto by się tym zajmować, gdyby nie to, że w ostatecznym rozrachunku za niewiedzę rodziców płacić muszą dzieci. Dlatego postaram się wyjaśnić, czym jest ryzyko dysleksji.





Na początek przytoczę wynik badań z National Health Institute w USA. 95% uczniów, którzy mają problemy z czytaniem, dogania swoich rówieśników pod warunkiem, że dzieci dostaną pomoc nie później niż w szóstym roku życia. 75% tych, które przebadano i skierowano na terapię w wieku lat 9 lub później, walczy z problemami do końca życia.


W Polsce o dysleksji mówi się tylko i wyłącznie po 9 roku życia. Rodzice mówią: moje dziecko ma ryzyko dysleksji, ale myślę, że będzie ją mieć. Przecież znamy termin: dysleksja rozwojowa, a więc rozwinie się z czasem. To nieporozumienie gigant. Termin dysleksja rozwojowa jest używany wyłącznie po to, aby odróżnić ją od dysleksji, która jest wynikiem urazu. Ten rodzaj dysleksji został już opisany w starożytnej Grecji i dlatego termin dysleksja pierwotnie oznaczał tylko tego typu zaburzenia. Jeśli dziecko ma deficyty, które w efekcie dają dysleksję, to je ma od niemowlęctwa. Badania dzieci czteromiesięcznych (oczywiście nie mówię tu o badaniach pedagogicznych) wykazuję problemy z dokładnością ponad 90%. Jednocześnie badania podłużne przeprowadzone na ogromnej grupie w USA nie pozostawiają żadnych wątpliwości: z tego rodzaju deficytów się nie wyrasta.


Dlatego z całą odpowiedzialnością piszę: jeśli dziecko ma deficyt w obrębie układu fonologicznego, to go ma od lat niemowlęcych i będzie go miało do śmierci. W pewnej mierze można to zniwelować terapią , ale w tym wypadku czas nie leczy ran. Wręcz przeciwnie - działa na naszą niekorzyść.


Dlaczego więc mówimy o ryzyku dysleksji a nie o dysleksji? Po pierwsze w Polsce żeby być uznanym za dyslektyka, trzeba zostać w tyle z czytaniem o dwa lata. Nie sposób być dwa lata do tyłu, jeżeli dzieci czytają dopiero od roku. Dziecko dostaje opinię o dysleksji nie dlatego, że problem się pojawił, ale dlatego, że osiągnęło wiek, w którym można stosowny papier wystawić. Dlatego cierpliwie czekamy aż zaległości się namnożą a peleton zniknie w oddali. Ale czy jakiś normalny człowiek może uważać, że zrobi dziecku przysługę pozwalając mu zostać o całe dwa lata w tyle za klasą? Owszem, większość naszego społeczeństwa tak sądzi.


Kolejny powód czekania, to konieczność ustalenia, czy dziecko nie ma zaległości z innych powodów takich, jak np. zaniedbania środowiskowe. Tego też do końca nie rozumiem. Lepiej jest „niepotrzebnie” pomóc zaniedbanemu dziecku niż pozwolić dzieciom z deficytami osiągnąć wiek, w którym pomóc już im trudno. Ale jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o...


Dlaczego nie warto wierzyć, że dziecko wyrośnie i problemy znikną? Bo nie znikną. Za to będzie o wiele trudniej im zaradzić.


Po pierwsze, okres, w którym mózg jest najbardziej plastyczny, czwartoklasiści już mają za sobą a młodości, jak wiadomo, nic nie wróci.


Po drugie, uzyskanie zadowalającego efektu terapii wymaga średnio cztery razy więcej czasu, jeżeli jest rozpoczęta powyżej ósmego roku życia. Terapia przedszkolaka to przede wszystkim zabawa, którą może z powodzeniem realizować mama lub babcia. Później już tak łatwo nie będzie. Terapia dziecka szkolnego to już praca, od czwartej klasy w górę – orka na ugorze, której może się podjąć tylko specjalista. Wystarczy wejść na stronę księgarni z pomocami dydaktycznymi np. wydawnictwa Harmonia, żeby zobaczyć, że tylko rodzice dzieci młodszych mogą wybierać i przebierać. Im dziecko starsze, tym uboższa oferta.


Po trzecie, i chyba najważniejsze, dziecko ma za sobą cztery lata cierpienia, upokorzenia i wstydu, co nie może być bez wpływu na jego motywację i poczucie własnej wartości.


Dlatego, jeżeli chcecie, żeby wasze dzieci miały cztery razy dłuższą terapię z o wiele mniejszą szansą na powodzenie, żeby były wyśmiewane przez rówieśników i czuły się gorsze i głupsze, koniecznie poczekajcie jeszcze kilka lat z diagnozą a z terapią jeszcze dłużej. I konicznie wierzcie święcie zapewnieniom nauczycieli i poradni, że jeszcze za wcześnie, jeszcze warto poczekać.


I jeszcze myśl na koniec. Termin ryzyko dysleksji nieodłącznie wiąże się ze Skalą Ryzyka Dysleksji Marty Bogdanowicz, która opracowała ją po to, żeby wyrównywać deficyty już w zerówce, a nie czekać, aż będzie za późno. Niestety, dla wielu rodziców, nauczycieli a nawet pracowników poradni, to taki uspokajacz, który pozwala odłożyć podjęcie akcji na nieokreśloną przyszłość. Podczas studiów miałam okazję zetknąć się z autorką SRD i jestem całkowicie pewna, że to określenie nie miało usprawiedliwiać odkładania pracy nad deficytami dziecka pod pretekstem dbania o jego dobro. Wystarczy przyjrzeć się publikacjom autorki: już na pierwszy rzut oka widać, ile z nich jest przeznaczonych dla przedszkolaków.