O kompetencjach czytelniczych studentów w Australii. A tak naprawdę o...

... o naszych polskich dzieciach i o tym, dlaczego coraz trudniej będzie im cieszyć się literaturą.


Niedawno natknęłam się w sieci na artykuł Tegan Bennett Daylight, która prowadzi kuriozalne dla przeciętnego Polaka zajęcia na jednej z australijskich uczelni. Są one adresowane do dorosłych ludzi kończących już studia (w większości przyszłych nauczycieli) i mają na celu nauczyć ich, jak czytać książki. Oczywiście nie chodzi tu o naukę liter i walkę z analfabetyzmem. Mowa o ludziach, którzy cały dzień czytają: w sklepie, na uczelni, na portalach społecznościowych. Czytają notatki, instrukcje, wiadomości, ogłoszenia. Jednak okazuje się, przeczytanie przeciętnej długości książki dla wielu z nich jest wyzwaniem. Również teksty trudniejsze niż powieść o Harrym Potterze lub biografia piłkarza są dla nich zupełnie nie do przebrnięcia.


Warto zatrzymać się nad obserwacjami Tegan Bennett Daylight, która stara się znaleźć przyczyny trudności, na które napotykają uczeni przez nią młodzi ludzie. . Musimy zrozumieć to, że zarówno w Australii, jak i w Polsce, młode pokolenie myśli zupełnie inaczej. Próbujemy to krytykować, obwiniać gry komputerowe, upadek wartości i obyczajów. Nie twierdzę, że takie problemy nie istnieją i gdybym miała wnuki, z pewnością na trzecie urodziny nie podarowałabym im konsoli. Jednak są jeszcze inne przyczyny, które wynikają po prostu z dorastania w innych realiach.


Zacznijmy od istotnych różnic w funkcjonowaniu umysłu młodych ludzi. Krytykujemy ich za brak skupienia, przeskakiwanie z jednej czynności na drugą, brak cierpliwości. My w ich wieku pomału i ze skupieniem doszukiwaliśmy się przekazu dzieł literackich, oni popatrzą przez minutę i.... już mają dosyć. Tak, mają. Warto jednak zauważyć, że mózgi dzieci na zachodzie określanych jako cyfrowi tubylcy rozwijały się od początku bombardowane ogromną liczbą informacji. Obecnie przeciętny człowiek otrzymuje w ciągu kilku tygodni więcej informacji, niż otrzymałby przez całe życie, gdyby żył w średniowieczu. Konieczna jest szybka i sprawna selekcja. Przetwarzane jest tylko to, co jest potrzebne i dotyczy mojej osoby. Specjaliści od stron internetowych twierdzą, że w ciągu dwóch sekund zapada decyzja, czy danej stronie warto poświęcić więcej uwagi. Ta decyzja opiera się głównie na odpowiedzi na proste pytania: Czy to jest dla mnie? Co mogę z tego mieć?

Dzisiejsza młodzież jest więc przystosowana do czytania tekstów, które są o nich i dla nich. To tak, jak na przystanku autobusowym interesuje nas tylko jeden numer autobusu i jeżeli jest sobota, to sprawdzamy wyłącznie, jak kursuje w sobotę i nawet wtedy patrzymy tylko na niektóre godziny. W ten sposób czytać powieści się nie da. Jeżeli nasz umysł poszukuje wyłącznie informacji, które mogą przydać się zaraz, dotyczą nas i naszych działań i są ułożone w praktyczny sposób, powieść, która zaczyna się od opisu miejsca, gdzie się nie wybieramy jest nam po prostu niepotrzebna. Ponadto, jeżeli nie możemy nawet ustalić, kim dokładnie jest główny bohater, bo to się okaże dopiero pod koniec pierwszego rozdziału, to już nie jest do zaakceptowania dla osoby, której mózg przeznacza średnio około dwóch sekund na ustalenie, czy to dotyczy jej lub jej bliskich.


W „Neurodydaktyce” Marzena Żylińska zwraca uwagę na kolejną trudność. Poruszając się w internetowym świecie słowa pisanego często czytamy artykuły, recenzje, dłuższe teksty informacyjne. Jedną z fundamentalnych różnic między tymi tekstami a powieścią jest to, że w każdej chwili możemy zareagować, zadziałać, wziąć w czymś udział. Możemy tekst udostępnić, polubić, dodać emotkę lub komentarz. Dlatego nasze dzieci i wnuki będą się czuć skrępowane, kiedy przyjdzie wejść w rolę biernego odbiorcy. Są przyzwyczajeni do tego, że w każdej chwili z nadawcy mogą się przeistoczyć w odbiorcę i odwrotnie. Gdy tej możliwości zabraknie, poczują się jak przysłowiowa ryba bez wody.


Jeśli jako rodzicom, dziadkom, nauczycielom zależy nam na tym, by młode pokolenie potrafiło czytać, musimy im w tym pomóc. Jak zwykle, pierwszy krok to zaakceptowanie faktów, bo myślenie życzeniowe nie prowadzi do żadnych rozwiązań. Ci, którzy dziś są dziećmi, nie będą sami z siebie potrafili poruszać się po tekście, który kreuje świat inny niż ich świat realny, który nie jest skonstruowany tak, by potrzebne informacje znaleźć jak najszybciej, w którym odbiorca jest odbiorcą. Musimy ich tego nauczyć.


Pozostaje tylko pytanie, jak to zrobić. Sposób jest chyba tylko jeden: przez wspólne czytanie z pokoleniem, które czytać potrafi. Czytajmy dzieciom książki, nie tylko tym małym. Pamiętam, że mi czytano jeszcze, gdy miałam 17 lat. Mając 9 czytałam już sama książki, więc nie było to podyktowane koniecznością. To był sposób na spędzanie deszczowych dni w czasie wakacji i mroźnych niedzielnych popołudni. Dobrze pamiętam, że ukazanie się każdej kolejnej pozycji Jeżycjady było świętem. I nikt nie czytał tych książek sam, czytało się je na głos i komentowało, niekiedy trochę się spierając. Zresztą pamiętam, jak wtedy mówiłam, że Musierowicz wejdzie kiedyś do kanonu lektur, a starsze pokolenie mnie wyśmiewało. Po latach okazało się, kto miał rację. Sama moim dzieciom również czytałam, gdy były już w gimnazjum i teraz z przyjemnością widzę, że sięgają po ambitne lektury.


Nie zostawiajmy więc młodzieży sam na sam z literaturą. Czytajmy razem, a jeśli nie ma na to czasu, to słuchajmy audiobooków, np w samochodzie. I rozmawiajmy o tym, co przeczytaliśmy, wymieniajmy się spostrzeżeniami, skojarzeniami, wnioskami. Jeśli znajdziemy na to czas, gdy nasze dzieci dorosną, z pewnością nie będą im potrzebne takie zajęcia, jakich potrzebują studenci w Australii.