Czy kolorowe nakładki i specjalne czcionki mogą pomóc dyslektykom?

Piszę ten tekst jednocześnie zbierając szczękę z paneli. Właśnie przeczytałam, że (nie powiem gdzie - niech historia o tym milczy) kilku nauczycieli zapytanych o to, jak pomóc uczniom dyslektycznym, odpowiedziało szybko i bez namysłu: są takie kolorowe nakładki, które usprawniają czytanie. Ktoś nawet zasugerował drukowanie na papierze w kolorze kremowym.


Nie, ten tekst nie jest nagonką na nikogo, kto stosuje takie nakładki. Nie zamierzam też walczyć z czcionkami takimi jak Open Dyslexic czy Dyslexie. I zdecydowanie nie popieram drukowania książek na śnieżnobiałym papierze, bo czytałam gdzieś, że te wybielające papier chemikalia są bardzo szkodliwe dla środowiska. Problem widzę zupełnie gdzie indziej. Dysleksja od lat jest problemem, wokół którego narosły setki mitów i przesądów. Jedni nie wierzą w jej istnienia, inni są gotowi położyć krzyżyk na dziecku w dniu zdiagnozowania dysleksji. Mnożą się coraz to dziwniejsze metody jej „leczenia” i wszystkie mają tyleż zwolenników, co zagorzałych przeciwników.


Dzieje się tak dlatego, że dysleksja jest zjawiskiem ogromnie złożonym i do dziś nie do końca poznanym. Coraz to nowe badania, mimo ogromnych inwestycji, wciąż nie przynoszą odpowiedzi na wiele kwestii. A my takich rzeczy nie lubimy. Chcemy mieć pigułkę na wszystko, odpowiedź na każde pytanie itp. Niestety na problemy dyslektyków nieprędko znajdziemy proste recepty, a może nawet całkiem prosto nie będzie nigdy. Tymczasem kolejne dzieci idą do szkoły i nie możemy postanowić, że pomożemy im, jak już nauka nam podpowie te jedyne właściwe rozwiązania. Musimy działać teraz, często opierając się na metodzie prób i błędów, na własnej intuicji, na wnikliwej obserwacji. Pomocą mogą być nasze bogate doświadczenie, wymiana spostrzeżeń z innymi nauczycielami, lektura. Niestety, przynajmniej na razie, nie istnieją żadne magiczne wynalazki, które mogą zastąpić naszą kreatywność i systematyczność.


Jeżeli dzieciom lub dorosłym z deficytami utrudniającymi sprawne czytanie pomaga nakładka lub specjalna czcionka, logika podpowiada, że powinni ich używać. To samo dotyczy druku mniej kontrastującego z przeraźliwie białą kartką. Twórcy kultowej czcionki Open Dyslexic nie ukrywają, że nie mają naukowych dowodów na to, że ten wynalazek działa. Dla nas nie ma to żadnego znaczenia. Jeżeli nawet działa jak placebo, to łapmy się tej szansy. Jeśli dziecko zrażone do czytania ponawia próby zachęcone nakładką lub innym kształtem liter, to już coś wygraliśmy. Nawet jeżeli dzieci zyskają tylko większe poczucie bezpieczeństwa, to już jest coś. Z pewnością jednak nie pomogą one wszystkim dzieciom i nie rozwiążą wszystkich problemów dziecka, bo nie mają żadnego związku z przyczyną trudności.


Czasem stosowanie plasterków może być dobre, ale tylko wtedy, gdy nie tracimy świadomości, że to plasterki, a nie remedium. Miałam kiedyś ucznia z dużymi deficytami, który najlepiej skupiał się na zadaniach, gdy pod stołem leżał mój pies. Jego dziadkowie mieli podobnego psa i ten chłopiec od razu zaczynał czuć się bezpieczniej, gdy moja Tosia znajdowała się w pobliżu. Brał wtedy udział w zajęciach, nie bał się mówić, co w końcu dało zadowalające rezultaty. Z całym szacunkiem dla dogoterapeutów i wszystkich służących nam czworonogów, nie można z tej historii wysnuć wniosku, że umieszczenie pieska pod ławką każdego ucznia z problemami te problemy w mig rozwiąże.


Dlatego jeżeli komuś lepiej się czyta z psem, misiem, kotem lub nakładką, niech tak czyta. Zawsze cieszę się, gdy mogę znaleźć coś, co choć trochę ulży zgnębionemu czytelnikowi. Ważne tylko, żeby się nie rozgrzeszyć i nie uznać, że skoro już zmieniliśmy czcionkę, to nasza rola się skończyła i żadna terapia już nie jest potrzebna. Zachęcone nowym kształtem liter lub łagodniejszym kontrastem dziecko właśnie jest gotowe do tego, żeby zacząć walczyć o swoją przyszłość. To jest dopiero początek długiej drogi, a kupno nakładki może być pierwszym krokiem, od którego, jak wiadomo, nawet najdłuższa podróż się zaczyna.