Czy angielski jest po to, żeby się go uczyć?

Nie jest dziś tajemnicą, że metoda kija i marchewki ma bardzo ograniczony wpływ na uczniów i na dłuższą metę przynosi niewiele pożytku. Prawdziwą motywację buduje się na dążeniu do osiągania celów, realizacji własnego potencjału i poczuciu sensowności naszych wysiłków. Tylko do jakich celów dążą uczniowie z polskich miasteczek i wsi? Jaki jest sens ich pracy włożonej w naukę języka?



Postanowiłam to sprawdzić. A najlepiej szukać u źródeł, więc po prostu zapytałam dzieci. Zanim zdążyłam to zrobić, jeden szóstoklasista z patologicznej rodziny oświadczył otwarcie, że jemu angielski w ogóle do niczego nie jest potrzebny, bo on do pracy z granicę się nie wybiera. Odpowiedziałam, że angielski może mu się również przydać tu na miejscu, na przykład do skończenia szkoły. Niestety dowiedziałam się, że szkoły kończyć nie trzeba, bo „piniundze z łopieki i tak dajom, sam to sprawdziłem.”(pisownia ma na celu nieudolne przedstawienie wymowy) Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że takie podejście to skrajność. Jednak obawiam się, że nauczyciele wiejskich szkół mogą powiedzieć, że takie podejście do tematu, choć porażające, wcale nie jest aż tak odosobnione, jak nam się wydaje.


Pozostałe sondaże prowadziłam wśród dzieci z rodzin dobrze funkcjonujących i uczęszczających na zajęcia w szkole językowej. Jednak i tu bardzo się zdziwiłam. Tylko kilkoro dzieci z bogatszych rodzin uważało, że dzięki nauce języka uda im się zakupić lody i frytki podczas pobytu w Chorwacji lub grać w „strzelanki” w Internecie. Jeszcze mniej mówiło, że uda im się w przyszłości dostać lepszą pracę.

Większość zapytanych nie miała zielonego pojęcia, dlaczego uczy się angielskiego. Te młodsze szczerze o tym informowały: „ Nie wiem, po co tu chodzę. Mama mnie zapisała.” Jednak prawdziwe otrzeźwienie nastąpiło, kiedy zapytałam dzieci z piątej klasy, do czego służą języki. Odpowiedziano mi natychmiast i z przekonaniem: po to, żeby się ich uczyć.


W naszym kraju ok. 45 % dzieci to mieszkańcy wsi. Nie wiem, ilu z nich nie wie, po co uczy się angielskiego. Ale moje obawy są coraz gorsze. Dla dziecka z Warszawy, Krakowa lub Trójmiasta to może być oczywiste. Ale dla kogoś, kto nigdy nie wyjechał dalej niż do pobliskiego miasta, to naprawdę może wyglądać inaczej.


Podręczniki i programy przygotowywane są przez wykształcone i aktywne zawodowo osoby z dużych miast, które są przekonane, że w dobie globalizacji i dialogu międzykulturowego pożytki ze znajomości języka obcego są oczywiste. Jednak okazuje się, że nie dla wszystkich. I może właśnie tu należy szukać przyczyn faktu, że po 12 latach nauki języka nasi uczniowie nie potrafią się sprawnie porozumiewać. To może też wyjaśniać skandaliczne wyniki testu ESLC, w których ponad połowa testowanych gimnazjalistów osiągnęła poziom znajomości języka angielskiego A1 lub niższy. Z niemieckim było dużo gorzej, bo na A1 lub niżej znalazło się aż 80% badanych.


Pierwszym krokiem do poprawy sytuacji jest niewątpliwie znalezienie odpowiedzi na pytanie w tytule. Aby zrobić coś dobrze, trzeba najpierw wiedzieć, po co się to robi. Wtedy jest możliwość ustalenia celów pośrednich, dobrania odpowiednich strategii i kryteriów oceny przybliżania się do celu naszych działań. Jak długo nasze dzieci będą uczyć się języków po to, żeby się uczyć, to skutkiem może być tylko to, że się uczą. Najsmutniejsze jest to, że ogromna liczba uczniów, ich rodziców i nauczycieli wydaje się być tym rezultatem zupełnie usatysfakcjonowana.