A co jeżeli zbyt pochopnie posądzimy dziecko o dysleksję?

Gdziekolwiek jest mowa o dysleksji prędzej czy później padają słowa: trzeba jeszcze poczekać, może wszystko się ułoży. Dzięki zwolennikom czekania mamy mnóstwo dzieci, które zostają objęte terapią zbyt późno, żeby uniknąć bardzo przykrych konsekwencji. Dziś jednak chciałabym spojrzeć na sprawę z drugiej strony. Co się stanie, jeżeli będziemy martwić się na wyrost?





Niektórzy zarzucają mi, że u wszystkich widzę dysleksję i nie chcę dać dzieciom czasu, żeby nadgoniły, bo bardzo możliwe, że trzeba im tylko i wyłącznie czasu. Prawda jest taka, że po tylu latach zajmowania się dyslektykami z reguły szybko można wychwycić pewne symptomy i dlatego mylę się bardzo rzadko. Ostatni raz spanikowałam przed czasem dwa lata temu i o tym właśnie chciałabym dziś opowiedzieć. Po dwóch latach można już zrobić małe podsumowanie.


Zaczęło się dość zwyczajnie. Wraz z początkiem roku szkolnego dołączyły bliźnięta- chłopiec i dziewczynka z kl. 1. Dzieci miały siedem lat, to był jeszcze ten rocznik, który mógł rozpocząć naukę w tym wieku. Dziewczynka była bardzo rezolutna, nieźle radziła sobie z czytaniem, bez trudu zapamiętywała nowe słówka. Chłopiec miał duże problemy z powtarzaniem i zapamiętywaniem nowych słów, myliły mu się litery, miał trudności z analizą i syntezą oraz dość często pisał cyfry i litery w odbiciu lustrzanym. Jeśli chodzi o pisanie i czytanie w pierwszej klasie, to zawsze zaczynam bez podręcznika i co jakiś czas próbuję. Jeśli pisanie okazuje się zbyt trudne, odkładamy je na kolejny miesiąc i ponawiamy próbę, ale bez presji. Dziewczynka była już zapalona do pisania w październiku, chłopiec nie protestował, ale nawet pod koniec pierwszej klasy robił to bardzo, bardzo wolno i często zamieniał kolejność liter. Do tego doszły wyraźne problemy z zapamiętywaniem nowych słów i trudności z powtórzeniem prostego zdania. Zaczynałam nabierać podejrzeń. Nie, nie wysłałam dzieciaka do poradni. Po prostu zaczęłam systematycznie włączać ćwiczenia usprawniające percepcję słuchową. Jako że dzieci chodziły na lekcje razem, dziewczynka, która nie miała problemów również wykonywała wszystkie ćwiczenia.


Po wakacjach widać było już dużą zmianę. Chłopiec zaczął już samodzielnie czytać książeczki po polsku, pisanie po angielsku zrobiło się łatwe. Zaczęłam się zastanawiać, czy faktycznie nie byłam zbyt podejrzliwa ale dodatkowych ćwiczeń nie odpuściłam. Właśnie skończyliśmy drugą klasę. Dzieci nawet nie wiedzą, że widziałam problem, a ćwiczenia poprawiające słuch fonemowy w ich odczuciu były zabawą. Zdecydowanie nie czują się uciemiężone ani pokrzywdzone, bardzo lubią chodzić na angielski.


Za to ja mam duży problem. Niełatwo będzie wybrać podręcznik na przyszły rok. W tym roku dzieci zrobiły Incredible English 2 w niewiele więcej niż pół roku. Kto pracował z tym podręcznikiem wie, że to prawie niemożliwe. Dzieciaki nie mają żadnego problemu, jeżeli lekcja jest prowadzona przez osobę niemówiącą po polsku. Present continuous we wszystkich osobach z pytaniami i przeczeniami jest śmiesznie łatwy i prawie nie zdarzają się błędy z przedimkami. Dzieciaki poznając słowo shampoo stwierdziły same, że przed tym a nie będzie, bo to takie rozmazłe jak klej i krem do opalania.


Czy więc ćwiczenia słuchu językowego okazały się stratą czasu? Zdecydowanie nie. Kolejny raz okazało się, że te ćwiczenia przynoszą korzyść nie tylko dzieciom, które mają duże deficyty. To prosta droga do ułatwienia nauki czytania, pisania i języków obcych i im prędzej takie ćwiczenia zaczniemy, tym lepiej. Mogą one okazać się niezbędne, żeby dziecko w ogóle mogło poradzić sobie z materiałem. A jeżeli dzieci nie mają aż takich deficytów, możemy pięknie rozwinąć ich zdolności językowe. Zupełnie nie rozumiem tak powszechnego lęku przed wprowadzaniem ćwiczeń stymulujących rozwój percepcji słuchowej, bo może nie jest to aż takie konieczne. Czy tylko dzieci ze skoliozą mogą chodzić na basen? Przecież tym, które nie mają problemów z kręgosłupem, trochę ruchu wyjdzie na zdrowie bardziej niż kolejna godzina z tabletem. Podobnie dzieci, które nie mają dysleksji rozwojowej, z pewnością nie ucierpią, gdy w formie zabawy zaczniemy usprawniać ich percepcję słuchową.


I tu wracamy do pytania, które postawiłam na początku. Odpowiedź zależy wyłącznie od postawy nauczyciela czy rodzica. Jeżeli ktoś chce dziecko ze wszystkiego zwalniać i robić z niego kalekę, to faktycznie lepiej diagnozować jak najpóźniej, najlepiej post mortem. Jeżeli chcemy wejść z terapią, najlepiej zrobić to od razu nawet bez formalnych testów, życie samo pokaże, czy ćwiczenia pomagają a nie ma absolutnie żadnego ryzyka, że mogą dziecku zaszkodzić.